Dzwonić w razie konieczności obecności kapłana: 604-422-072

 

Kto dobrze obserwuje zmiany dokonujące się w naszej kaplicy,

zapewne dostrzegł, iż po obu stronach ołtarza głównego 

pojawiły się Anioły.

Dwie skrzydlate postacie, klęczące na kamiennej posadzce,

których twarze skierowane są na tabernakulum,

oczy mocno wpatrzone w złotą skrzyneczkę

- ukrywającą Pana świata,

ręce wyciągnięte w modlitewnym geście,

dzierżące czerwony płomień - wieczną lampkę.

 

   Obydwaj skrzydlaci Posłańcy wykonani zostali przez tego samego, starszego już rzeźbiarza - pana Benedykta, z jednego kawałka lipowego drewna. I może właśnie dlatego, że z lipy - a lipa jak czytamy we wszechwiedzącej wikipedii ( ;) ) jest drzewem długowiecznym, a więc wiele widziała i wiele słyszała, zgromadziła mądrość setek lat; może dlatego, że rzeźbieni byli nie przez wyrobnika - dla zwitka banknotów, lecz przez pasjonata zakochanego w swojej pracy; może dlatego, że są darem gromadki dzieciaków pierwszokomunijnych - których serca jeszcze biją miłością do Pana Boga, a głowy pełne są fascynacji stworzonym przez Niego światem; a może dlatego że mają przedstawiać Aniołów Stróżów naszej niezwykłej, ciekawej, trochę dobrej - trochę złej, trochę smutnej - trochę radosnej Parafii; są rzeźbami niezwykłymi. Dlaczego niezwykłymi? Ano dlatego, że wystarczy troszeczkę posiedzieć w kaplicy, najlepiej tak wieczorkiem, kiedy już spokój i cisza, najlepiej czwartkowym wieczorkiem - kiedy Pan Jezus w monstrancji wystawiony, przestać ruszać wargami (wg. Chrystusowej zasady - "na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie"), nastawić uszy ("kto ma uszy niechaj słucha") i być może usłyszymy jak Posłańcy niebiescy zaczynają szeptać historie anielskim piórkiem pisane - takie trochę z nieba wzięte, ale też mocno osadzone na naszej czapursko - wiórkowsko - głuszyńsko - kubalińskiej ziemi.

 

1. "Nie sądźcie, abyście ..."

 

   Pogoda w CzW. jest trochę taka, jak tutejsi ludzie. Tzn. uparta. Uparta i przekorna. Mogą wszędzie naokoło walić pioruny - tutaj śmieje się słońce. Mogą być wszędzie dokoła okna pootwierane z ukropu - tutaj zakłada się ciepłe swetry i drży z chłodu. Uparta i przekorna.

   Właśnie takiego poranka, kiedy wszędzie dookoła niebo zasnute było chmurami, a w CzW. słońce zapraszało do opalania - spotkali się. Dwóch facetów: jeden w roboczym, poplamionym ziemią i trawą stroju, w czarnej czapce na lekko posiwiałej czuprynie, klęczący z sekatorem w ręku przy krzaczkach irgii; drugi w znoszonej marynarce, poobrywanej tu i ówdzie, przybrudzonej, ciemnych spodniach, które dawno już nie widziały żelazka czy pralki, z długą czupryną siwych włosów, powiewającą na wietrze.

   Pierwszy spojrzał i z miejsca w duchu ocenił: włóczęga (niekorzystne wrażenie pogłębiała siatka - reklamówka, pobrzękująca co rusz) i pijak zapewne!

   A drugi? Ten zatrzymał się, spojrzał na klęczącego przy stercie zielska i wypalił: Szczęść Boże, proboszczu! - głos miał donośny.

- A szczęść Boże, szczęść Boże.

- Wiem, wiem - włóczęga uśmiechnął się lekko - lepiej jak kto pomoże.

- Że co? - "ogrodnik" zaskoczony podniósł głowę znad roślin.

- Szczęść Boże, ale lepiej jak kto pomoże. Nieprawdaż?

   "Ogrodnik" pokiwał głową, wymusił uśmiech. "Mój Boże, nie dość że tyle roboty, człowiek wstaje wczesnym rankiem, żeby mu nikt nie przeszkadzał, a teraz trzeba robotę przerwać i pewnie wysłuchać sterty fantazji od tego włóczykija. Pewnie podpił sobie od rana i teraz taki chętny do pogaduszek"

- Proboszcz tak od rana? Tak wczesnego rana?

- Tak, tak, od rana - oby tylko jak najszybciej go spławić.

- I o suchym gardle?

- Panie kochany, roboty huk, a ja mam o piciu myśleć? Nie alkohol mi w głowie! Chce pan pomóc?

- Nie, wie ksiądz, ja kręgosłup mam chory, a i nogę na tych księdza kamyczkach ostatnio uszkodziłem.

- No tak - drwiący uśmiech pojawił się na wargach "ogrodnika" - przy takich kontuzjach to pracować się nie da. W głowie myśl: jeszcze się nie zdarzyło, żeby taki "obdartus" z własnej i nieprzymuszonej woli w czymś pomógł. Oni tylko prosić potrafią.

- Już księdzu nie przeszkadzam. Czas zrobić śniadanie - obdarty mężczyzna pomachał brzęczącą siatką. Odwrócił się i ruszył w stronę sklepu. Ogrodnik znów pochylił się nad kolczastymi krzaczkami. Jednak "włóczykij" nie szedł juz tak pewnym krokiem, jakby się wahał... W końcu stanął, odwrócił się i cofnął do klęczącego.

To, żeby ksiądz tak nie pracował na sucho, niech sobie ksiądz coś do picia dobrego kupi - szepnął, wpychając "ogrodnikowi" banknot do kieszeni koszuli. I znów ruszył w swoim kierunku.

   A klęczącego przy roślinkach jakby zamurowało. Przerwał pracę, a w jego głowie zabrzmiał cichy, delikatny głos. Głos szepczący słowa, które ogrodnik już nie raz czytał i rozważał: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" i zaraz drugie: "Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody".

 

2. "Proście, a będzie ..."

 

  Najpierw była modlitwa. I to taka naprawdę porządna - Nowenna Pompejańska. Bo przecież sprawa porządna, wręcz szalona, zwariowana. Ale czy nie było zwariowaną sprawą, kiedy rzymski setnik wstawiał się u pewnego Żydowskiego Nauczyciela o zdrowie dla umierającego sługi? Albo nie było szalone, kiedy jakiś ojciec prosił Tegoż o wypędzenie złego ducha z opętanego syna? A nie było szalenie, zwariowanie niewyobrażalne, kiedy przełożony synagogi - Jair błagał ze łzami w oczach o wskrzeszenie swej córki? Tak, modlitwa była porządna, odmawiana przez 15 rodzin. Dlaczego 15? Czysta matematyka. 3 x 5 = 15. Trzy bardzo stare cząstki, pięć tajemnic w każdej części różańca, w sumie 15.

  A później były listy. Trzy. Z mozołem tworzone, poprawiane, po sto razy analizowane. I wkońcu poczta. Trzy adresy: bazylika San Pietro in Ciel d'Oro w Pawii, kościół di Sant'Agostino w Rzymie oraz bazylika di Sant Ambrogio w Mediolanie.

  W Pawii, w kościele pw. św. Piotra, władca Longobardów Liutprand złożył w roku 722 doczesne szczątki świętego biskupa Hippony - Augustyna, wcześniej wykupione za ogromną cenę z Sardynii. Spoczywają tam do dziś, w potrójnym zamknięciu - na zewnątrz monumentalny sarkofag zwany Arką św. Augustyna, głębiej urna z pozłacanego brązu i kryształu, a w samym środku srebrna szkatuła wykonana w VIII w. na polecenie prawdopodobnie samego Liutpranda, zawierająca relikwie.

  W Rzymie, w pobliżu dawnych Pól Marsowych, zbudowany został przepiękny renesansowy kościółek pw. św. Augustyna. Jeżeli uda nam się przemknąć za plecami strażnika - zakrystiana do pomieszczeń zakrystii, ujrzeć możemy cztery potężne relikwiarze - popiersia Doktorów Kościoła: Augustyna, Ambrożego, Hieronima i Grzegorza Wielkiego. Jednak nie to jest najciekawsze w tej świątyni. I wcale nie najciekawsze są rzeźby czy obrazy, choć ich wiele, a dłonie, które je wykonywały to dłonie Jacopo Sansovino, Berniniego, Rafaela czy Caravaggia. Najciekawsza sprawa mieści się w kaplicy bocznej. To grób św. Moniki - matki Augustyna. Tam zbierają się rodzice modlący się w intencji swych dzieci. Bo przecież św. Monika to ich Patronka. To ta bohaterska kobieta, która siłą ducha przerosła niejednego mężczyznę. To ta, która przez 30 lat modliła się wytrwale w intencji swojej rodziny. A Bóg patrząc na jej wiarę i zaufanie pobłogosławił...

  Mediolan, stolica mody, uderza wręcz gwarem, hałasem. Kiedy jednak dobrniemy do katedry pw. Narodzin św. Marii, jednego z największych kościołów na świecie, kiedy przekroczymy jej brązowe drzwi, wchodzimy do świata prawdziwej, wszystkoogarniającej ciszy. "Słysząc" tę ciszę aż trudno uwierzyć, że budowlę tę odwiedza rocznie cztery miliony turystów. Dziesiątki kolumn, rzeźby, malowidła oraz gra kolorów - światło padające z przecudnych witraży. W tym to kościele na wieczny spoczynek złożono jednego z największych biskupów Mediolanu - św. Ambrożego. Biskupa, który pokorną modlitwą i pełnym wiary głoszeniem Słowa Bożego naprostował życiowe ścieżki niejednego zagubionego, m. in. pewnego retora rodem z Tagasty o imieniu Augustyn. Jego to również w późniejszym czasie przygotował i ochrzcił.

 

3. "Idźcie i głoście: bliskie już jest Królestwo Niebieskie"

Istniało kiedyś malutkie miasteczko, w którym, choć było podobne do wszystkich innych, zdarzały się bardzo dziwne rzeczy. Dzieci zapomniały o odrabianiu lekcji, dorośli zapominali o zdejmowaniu butów przed pójściem spać, na ulicy nikt nikogo nie pozdrawiał. Zamknięte były drzwi do kościoła. Nie biły dzwony. Nikt nie umiał się modlić.

Pewnego poniedziałkowego poranka nauczyciel zapytał swoich uczniów:

– Dlaczego wczoraj nie przyszliście do szkoły?

– Przecież wczoraj była niedziela! – odpowiedzieli uczniowie. – W niedzielę przecież nie ma szkoły.

– Dlaczego? – zapytał nauczyciel.

Uczniowie jednak nie umieli odpowiedzieć na to pytanie. Zbliżało się Boże Narodzenie.

– Dlaczego śpiewa się takie piękne pieśni? Czy dlatego, że na choince są świeczki?

Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.

Pokłóciło się dwóch przyjaciół: wyzywali się tak bardzo, że aż ochrypli. – Teraz nie mam już żadnego przyjaciela – następnego dnia rozmyślał jeden z nich. Nie wiedział, jak ma żyć dalej.

Małe miasteczko stawało się coraz bardziej szare i smutne. Ludzie każdego dnia byli bardziej samolubni i kłótliwi.

– Wydaje mi się, że zapomnieliśmy o czymś – powtarzali wszyscy.

Pewnego dnia pomiędzy dachami domów hulał bardzo silny wiatr, tak silny, że swoją mocą poruszył kościelne dzwony. Najmniejszy z dzwonów wydał z siebie miły głos.

Nagle wszyscy ludzie się zatrzymali i spojrzeli w górę. Wtedy jakiś człowiek wykrzyknął za wszystkich:

– Już wiem, o czym zapomnieliśmy: o Bogu!

Jeżeli jest nadzieja na tym świecie, to tylko dlatego, że rozbrzmiewa jeszcze imię Boga. Miliony osób wiążą z tym imieniem radości i lęki własnego istnienia. To jedyne imię, które niesie w sobie ciężar ludzkości i które wszystkiemu nadaje sens. Dlatego też nie możemy zrezygnować z wypowiadania imienia Pana z należnym szacunkiem i oddaniem.